|
|
JOGA W INDIACH 2011 relacja cz1,2
JOGA W INDIACH Z Akademia Asan 2011 cz 1/2 Zapraszamy do lektury relacji Wiktora, opisującego z punktu widzenia organizatora tę wspólną podróż. Dziś cześć I - od przylotu do wyjazdu do Hardiwaru czyli pierwszy tydzień w Indiach. Po 7 latach znowu w Indiach. Ciekawe, co się zmieniło. To szmat czasu, szczególnie teraz w dobie pędzącego czasu. W zasadzie, do dnia wylotu nie do końca do mnie docierało, że tam jadę. Do kraju, w którym czuje się jak w domu, do którego wracałem, kiedy tylko się dało. Do tego barwnego, chaotycznego tygla pełnego zmian i niespodzianek. 8 godzin w samolocie minęło w jednej chwili z miłymi akcentami wege posiłków indyjskiej kuchni. Lotnisko w Delhi i pierwszy szok i to zgoła inny niż ten sprzed 10 lat kiedy po raz pierwszy tam trafiłem. Pełen wypas, cisza i spokój, wyłożone miękkimi dywanami korytarze, czyściusieńkie i świecące- nabieram podejrzeń. Hala główna pięknie zdobiona, ze smakiem dobrane indyjskie akcenty. Wielkie srebrne dłonie w gestach pozdrawiających mudr witają przybyszy. Okęcie przy tym to jakaś bezduszna buda- nie ma żadnego akcentu wyróżniającego wschodnie rubieże euro kołchozu. Tutaj od razu widać gdzie się trafiło- nowoczesne, nawiązująca do bogatej tradycji państwo. Trochę się smutno robi na chwilę, z grupy padają podobne spostrzeżenia i komentarze. Sprawna, błyskawiczna odprawa ( tradycyjnie jeden znajomy formularz na dzień dobry wypełniany w samolocie). No i prawie nikt na nas nie czeka… Nie ma złożonego z kilkuset osób komitetu powitalnego, walczących o każdego turystę taksówkarzy, nie widać żółto-zielonych tuk-tuków (rozbudowany motocykl z budką). Jakiś taki podejrzany spokój, czuję się prawie osamotniony. Na zewnątrz już bardziej swojsko, leżące pokotem bezdomne psy, wałęsający się, grzebiący bambusowymi kijami w ziemi policjanci, jakieś snujące się postacie.... Wreszcie, jakby bardziej znajomo. Jedziemy 3 pasmowym hajłejem w stronę Delhi po obu stronach plac budowy, czuje się trochę jak w Berlinie po runięciu muru. Jeden wielki plac budowy. Czy im się to wszystko nie pozawala? – mimowolnie przebiega przez głowę. Dojeżdżamy – Paharganj. Drzwi się otwierają i oddycham z ulgą - nic się nie zmieniło, ten sam abstrakcyjny chaos, bajzel, bałagan, artystyczny nieład, brud, smród, pałętające się bezładnie postacie. Wybuchamy z Justą śmiechem jednym słowem - Paharganj. Powoli jogini wydobywają się z autobusu z takim jakby niedowierzaniem. Main Bazar wygląda jak zwykle: jakby za dnia przeszło tędy tornado, dodatkową nową, atrakcją są pogruchotane fronty kamienic. W 2010 Indie były gospodarzem jakiś ważnych sportowych wydarzeń, skończyło się to oczywiście wielką kompromitacją, ale w ramach przygotowań do igrzysk władze podjęły decyzję o uporządkowaniu Paharganju – jakby nie było to centrum miasta. Znaleziono jakieś stare, przedwojenne mapy, z których wynikało, że lokalni kupcy samowolnie zajęli część ulicy dobudowując budki, przybudówki, nadbudówki itp. Władze dały kilka tygodni na rozebranie stojących dziesiątki lat samowolek. Oczywiście, nikt nic nie rozebrał. Przyjechała policja i wojsko i po kilkudniowych walkach z lokalnymi mieszkańcami wjechały buldożery, które dosłownie wycięły pas nielegalnych dobudówek. W efekcie zamiast elewacji są teraz niekiedy, jak odcięte nożem fragmenty ścian z pokojów z obrazkami na ścianach, surrealistycznie wystającymi umywalkami itp. Jest noc, jest prawie cicho. Idziemy do hotelu. Zgodnie z Justą stwierdzamy, że w takim wypasie to jeszcze w Indiach nie byliśmy: plazma w każdym pokoju, net bezprzewodowy, w zasadzie czysto. Oczywiście część osób nie ma materacy na łóżkach, brakuje kilku pościeli - no, ale przy 30 osobach – zdarza się;-) ·Obsługa sprawnie usuwa usterki. Idziemy spać. Śniadanie na dachu, na zewnątrz życie się budzi leniwie. Gdzieś o 11 zgiełk i kakofonia osiąga normalny, nieakceptowany dla osoby, która doświadcza tego po raz pierwszy, poziom. Schodzimy na ulicę, na twarzach większości uczestników wyjazdu maluje się wyraz niedowierzania. Przemieszczamy się rikszami rowerowymi w 2 grupach po 8 riksz w kierunku muzułmańskiego, zabytkowego meczetu. Pierwsze perturbacje. Rikszarze próbują pozbyć się części pasażerów z naszej grupy przed ustalonym miejscem. Szybka interwencja Justy i moja - ruszamy dalej kawalkadą, ale z jednej rikszy dwójka naszych wysiadła i co gorsza, już zapłaciła. Rikszarz błyskawicznie rozpłynął się w przestrzeni – dalsza podróż na piechotę. Na szczęście już blisko celu. Przyjeżdżają kolejne riksze z drugiej grupy, nie ma jeszcze Krzyśka a rikszarze chcą kasę i nagle rozmnażają się. Z 3 robi się 4 – każdy twierdzi, że kierował, choć mogło ich kierować tylko 3 – klasyka. Nasi goście są już w świątyni, nie wiem czy Krzysiek zapłacił szefowi i mnie wkręcają czy nie, nie wiem, który oszukuje. Robi się zbiegowisko z policjantem w centrum uwagi. Próbuję się uśmiechać i grać na czas - wreszcie podjeżdża Krzysiek z Gabrysią – Płaciłeś ? Nie –ok. Chciałem dać 3 rikszarzom po 100 z napiwkiem –byliśmy umówieni na 80, ale cały czas jest ich 4, policjant i 30 osób dookoła, wszyscy się przekrzykują. W końcu odpuszczam, dostają 320 rupii, czyli po 80 na głowę bez napiwku- jeden jest oszustem, do końca nie wiadomo który. Te 20 rupii to mniej niż pół dolara – chodzi o to, żeby nie dawać się robić w bambuko, nie o kasę. 1:0 dla rikszarzy. W świątyni znowu naciąganie, mimo spisanych na tablicy zasad próbują nas wkręcać w konieczność nieistniejących opłat, ubierają kobiety w jakieś komiczne szlafroki. Kilka osób od nas dało się wkręcić w naciągane opłaty, kilka ”w odwecie” nie uiszcza opłaty za aparat. Zaczyna się łapanka, kto ma aparat, okazywanie biletów. Nerwowa sytuacja. Goście z obsługi są agresywni - po chwili wyjaśniamy sytuację: oni naciągnęli 2 osoby bez aparatów na opłatę, a od nas 2 osoby wniosły aparat bez opłaty. Rozstajemy się w pokoju i zwiedzamy dalej. 1:1 Idziemy dalej na piechotę w kierunku delhijskiego Red Fortu. Jak japońska wycieczka jogini fotografują wszystko, co się rusza i nie rusza. W odpowiedzi jesteśmy fotografowani przez tubylców. Fota za fotę. Nie wiadomo, kto dla kogo większą atrakcją. Wędrujemy zatłoczonymi ulicami, chodnikami, wśród ludzi, tuk-tuków, samochodów, riksz, krów, kóz i bezdomnych psów. Czas na posiłek. Wybieram lokalne kipiący życiem lokal chola batura i puri – cieciorka ze smażonymi w głębokim oleju plackami puri- wszystko powstaje na naszych oczach. Trudno uwierzyć, że jemy w takim miejscu, nikt z obsługi nie mówi po angielsku, chwilę zajmuje dogadanie się i umieszczenie w „lokalu” o powierzchni może 20 metrów kwadratowych 33 uczestników naszej eskapady. Posiłek kosztuje ok. 1, 5 pln za talerz – smakuje jak nigdy. Grupa nabiera powoli pewności siebie w kipiącej rzece ludzi, zwierząt i pojazdów. Kierujemy się do hotelu Kolejny dzień. 5.00 rano wyruszamy na stację. Ma na nas czekać super shatabi ekspres - indyjskie TGV, który zawiezie nas do legendarnego Taj Mahal. Shatabiego nie ma o czasie, w końcu jak wsiadamy, to porusza się w żółwim tempie. Jest mgła – na tory regularnie wchodzą ludzie i zwierzęta- super expres prawie stoi. 2 godzinna podróż wydłuża się o kolejne 3 godziny. W środku obsługa jak w samolocie, wege śniadanko. W końcu docieramy do owianej złą sławą Agry. Justyna zostaje na peronie z grupą, Krzysiek i ja idziemy negocjować z taksówkarzami, wiemy, ile kosztowało to w zeszłym roku. Już na peronie zaczepia nas jeden z taksiarzy, nie potwierdzam, nie odmawiam. Wychodzimy na zewnątrz do „ naszego” taksiarza dołącza kolejny – szybko orientuje się, że znamy ceny. Proponuje nam podróż w rozsądnej cenie, równocześnie wmawiając , że zmieścimy się po 5 osób do samochodu, bo to wielkie auta. Trudno nam w to uwierzyć, ale manager jest bardzo przekonujący i ostatecznie z niedowierzaniem ulegamy, zamawiamy 7 aut. Czas na biurokrację – idziemy do tzw „pre paid goverment taxi office”- blaszanej budy gdzie się płaci za taksówki. Dyskretnie stajemy z boku i momentalnie rozpoczyna się niezrozumiała dla nas batalia- taksówkarze i policjant ustalają zapewne skład eskadry. Dzikie wrzaski i przepychanki trwają ok. 10 min – w tym czasie stoimy z boku, płacimy i dostajemy kwity, w końcu nasz „manager” na czele gromady taksówkarzy wyrywa się z okrążenia. Idziemy po grupę, podjeżdżają taxy – oczywiście są to mini autka, nie ma mowy o zmieszczeniu się po 5 osób – domawiamy kolejne auto i w drogę. ![]() Taj Mahal robi wrażenie. Krzysiek opowiada historię. 2 godziny czasu wolnego. Piękna zieleń dookoła, można odpocząć. W międzyczasie orientuję się, że mój szwajcarski scyzoryk został w pociągu, po zjedzeniu śniadania poszedłem spać i kelner zawinął go razem z tacą- szkoda. Wracamy do tax i dalej w drogę. Agra Fort – już na wejściu przysysa się do nas lokalny przewodnik składając ofertę nie do odrzucenia, między słowami „ Albo skorzystacie z moich usług, albo przy pomocy moich kolegów z obsługi uprzykrzę wam życie”. Chodzi o to, że Krzysiek będąc naszym przewodnikiem jest dla nich bardzo niepożądaną konkurencją. Postanawiamy, że sprawdzimy, co się stanie jeśli nie ulegniemy. W razie czego ulec zawsze można. Pada nawet deklaracja że następnym razem nie wpuszczą Krzyśka do Fortu, ale w końcu gość jakby odpuszcza. Biorę go na stronę i dogadujemy się na sensowną stawkę. Sprawdziliśmy granice. Nasz przewodnik z nieskrywaną ekscytacją opowiada o setkach konkubin, kurtyzan i ogólnie pełnym przepychu i hulanek życiu jakie wiodły dynastie Wielkich Mogołów. Ze szczególnym upodobaniem podkreśla pikantne szczegóły królewskich rozrywek, łypiąc dyskretnie okiem na uczestniczki wycieczki. Sensacyjne detale nakręcają jednak chyba głównie naszego hinduskiego czacza. Powrót. Na parkingu zostajemy „zaatakowani” przez grupę najwyraźniej zdesperowanych ulicznych handlarzy, bramy fortu właśnie zamknięto. To dla nich ostatnia tego dnia okazja na jakiś zarobek, są wybitnie natrętni. Kilku joginów dokonuje zakupów, dla handlarzy często te kilka dolarów to dzienny utarg. Obiadokolacja w bardzo przyzwoitej i czystej restauracji Maya – sprawdzone podczas poprzednich wyjazdów przez Krzyśka miejsce. Po posiłku zamierzamy pojechać na lokalny bazar. Nasz „taxi- Manager” donosi, że bazar zamknięty, nasz pociąg spóźniony o 2h i że ma dla nas super propozycję. Super propozycja to odwiedzenie bez zobowiązań kilku sklepów z: marmurem, materiałami i biżuterią. Początkowo wzbraniamy się – znamy ten proceder - taksówkarze i przewodnicy dostają procent od pieniędzy wydanych przez turystów. Nie chcemy wpuszczać naszych joginów na minę, z drugiej strony nie mamy alternatywy do pociągu 2h + podobno 2 h spóźnienia w sumie 4h. Konsultujemy z grupą i jest decyzja – jedziemy. Wjeżdżamy na podwórko z pawilonem w którym jest kilka sklepów, przed sklepami przy szklaneczce czaju zasiada zblazowana ekipa sprzedawców. Na nasz widok najwyraźniej ożywiają się. Zaczyna się szał zakupów – rzeczy są piękne, ale dość drogie. Kamieniarze organizują pokaz cięcia i inkrustacji marmuru kamieniami szlachetnymi w taki sam sposób jak setki lat temu ich dziadowie dekorowali biały marmur Taj Mahal. Pokaz robi wrażenie. Wsiadamy do taksówek nasz kierowca żartuje, że Ula –jedna z uczestniczek może kierować. Ula bez słowa odpala brykę i ruszamy – kierowca zostaje w szoku na chodniku. Po kilkunastu metrach stajemy – nasz taxi driver jest zaskoczony, że „lady’s driving „. Jedziemy na stację. Rozliczamy się i rozstajemy z naszym „taxi manager” w bardzo przyjaznej atmosferze. Pociąg jest rzeczywiście spóźniony 2,5 h. Spóźnienie narasta do 3,5h. Poczekalnia Upper class jest duszna i ciasna – nie da się wytrzymać. Koczujemy na peronie, kakofonia niekończących się komunikatów z ryczącego głośnika. Zastanawiamy się nad wynajęciem autobusu, ruszamy z Krzyśkiem na poszukiwania. Zamiast autobusu na środku zatłoczonej mimo późnej pory ulicy natykamy się na wracającego właśnie do domu z pracy na motorku naszego „taxi managera” . Zabiera nas do pobliskiej budki na szklaneczkę czaju i organizuje przez komórkę autobus. W końcu okazuje się, że z tym autobusem to skórka za wyprawkę - wolniejszy, nie może wjechać do Delhi tylko gdzieś na obrzeża, etc. Raz jeszcze dziękujemy naszemu kierowcy i wracamy na peron. Z 3,5 opóźnieniem nadjeżdża indyjskie TGV. Wsiadamy. Pytam się kierownika pociągu czy jest ta samo obsługa co rano, dopowiada twierdząco. Odnajduję kelnera, który rano serwował jedzenie, zagaduję – po chwili zwraca mi scyzoryk. Odpalam znaleźne i dziękuję, dla niego taki nożyk to majątek. Zjadamy pyszny indyjski wege posiłek i nad ranem jesteśmy w hotelu. Kolejny dzień objazdówka autobusem po New Delhi, kilka świątyń hinduistycznych, obserwatorium astrologiczne, świątynia lotosu – finansowanej przez ONZ i lansowanej nikomu nieznanej, nowej globalnej religii- bahaizmu ( pojawiają się jakieś takie mimowolne skojarzenia z bachanaliami i Baalem). Imponująca, nowoczesna budowla, szmat ziemi, w sklepieniu 2 pentagramy, pracownik - niebieskooki Niemiec nie potrafi wyjaśnić ich pochodzenia. Czytam otrzymaną w języku polskim (!) broszurkę –kilka frazesów typu kochajmy się wszyscy i na koniec punkt kluczowy: bezwzględne posłuszeństwo wyznawców bahaizmu władzy państwowej. New Word Order w New Delhi –tego się nie spodziewałem.;-)··Wracamy popołudniową porą do hotelu. Jogini rozpełzają się po sklepikach Paharganju, szlagierem są szaliczki i wełniane kocyki. O 22.00 zbiórka wyruszamy na stację na pociąg do Haridwaru. Większość ekipy już w lokalnych kolorowych ciuszkach, pozawijana w koce i szale. Barwna kawalkada rusza na dworzec, tym razem wszystko punktualnie, ale nie ma na tablicy naszego pociągu. Zorientowanie się co i jak o tej porze jest dość kłopotliwe, w końcu docieramy do stadion manager, który rzuca tylko – peron 14. Do pokonania wysokie schody nad torami na drugą stronę – dla tych z walizami ścieżka zdrowia. Wsiadamy do sleepera air condition ( taka ichnia kuszetka) - takim jeszcze nie jechałem, czyściutko i elegancko. ![]() Dziś część II - Hardiwar, Rishikesh i Benares. W Haridwarze ok. 4.00 rano – jest naprawdę zimno. Ubieramy się we wszystko, co mamy. Idziemy z Krzyśkiem załatwić transport. Przed dworcem eskadra 6 osobowych tuk-tuków ( rozbudowany motocykl z budką). Dogadujemy się szybko. Ładujemy walizy na dach i w drogę. Zamarzamy. Docieramy do naszej miejscówki w Rishikesh – okrzykniętym światową stolicą jogi. Yoga Niketan Ashram. Dostajemy zakwaterowanie, z każdego okna widok na Ganges. To nasza miejscówka do praktyki jogi. Przestronna wyścielona miękkimi dywanami sala do ćwiczeń, przepyszna aśramowa kuchnia. Codziennie mamy 3 godzinną poranną sesję, popołudniu 1,5 h. Rishikesh nie zmienił się przez te 7 lat. Spacery wzdłuż kamiennych ghatów, relatywnie cicho i spokojnie. Nawet uliczni sprzedawcy mniej natarczywi niż gdzie indziej. Po spacerze w górę rzeki kąpiemy się w Gangesie. Po południu wycieczka tuk-tukami na wieczorną puje - ofiarę świętej rzece do Haridwaru. Tutaj Ganges z gór wpływa wartkim,spienionym nurtem na niziny. To jedno ze świętych hinduistycznych miejsc. Po kąpieli w zimnej rzece i tuk-tukowych podróżach kilka osób podupada na zdrowiu. Grupa chętnych na rafting topnieje – ostatecznie płyną 3 osoby. Wieczorem trzecia podróż do Haridwaru, tym razem już ostatnia, z bagażami – o 24.00 mamy pociąg sleeper klasy SL do Varanasi. Wsiadamy. Mimo pewnego obycia z Indiami – część grupy przeżywa lekki szok. Pociąg klasy SL to standardowy sypialny środek lokomocji, w zasadzie nie różni się od klasy S3 niczym specjalnym poza tym, że wygląda jakby nikt nigdy tego nie sprzątnął i skład jeździł tak z 30 lat. Dostajemy przydział obok toalet – wstępnie wymiękamy, ale po pół godzinie nic nie przeszkadza. Idziemy spać. Rano korowód postaci przewija się non stop przez pociąg: pan od orzeszków, czaj, cieciorka z cebulką, Bombaj mix, koraliki i wisiorki, czaj, pan z kobrą, orzeszki, tosty, czaj i tak w kółko – z głodu się nie umrze. W korytarzach tubylcy ładują telefony komórkowe, błyskają laptopy. Już niedługo święte miasto Benares. ![]() Stacja. Czeka na nas gość z hotelu. Idziemy do riksz - krótka potyczka z riksiarzami – umawiamy się na cenę za 11 auto riksz, poczym jak już wszyscy są już w auto rikszach- goście zaczynają ściemniać ze jest 13 i mamy zapłacić za 13. Wysiadam i stawiam ultimatum albo jadą, albo idziemy do taxi. Najbardziej butny z nich odpowiada, żebyśmy szli do taxi. Lekki impas, śmiejemy się wszyscy i ja wiem, że oni nie przepuszczą okazji do zarobku i oni wiedzą, że raczej nie wytarabanimy się z riksz, do których się z trudem upchaliśmy. W końcu hotelowy przewodnik odpala im działkę i ruszamy. Rikszarze to kasta wojowników, ścigają się ze sobą w zatłoczonych uliczkach. Gość, z którym jedziemy czuje się zobowiązany przyjechać z czacza – (przewodnikiem, za którego mnie wziął) jako pierwszy. Opętańcza gonitwa, w końcu wychodzi na prowadzenie. Zatrzymujemy się na środku jakieś ulicy, do hotelu 500m. Jest święto ulica zamknięta trzeba drałować z buta. Po raz drugi w historii wyjazdu aż mi głupio, że nie odradziliśmy ludziom brania ze sobą walizek. Atmosfera się zagęszcza. Ulica i chodnik są pełne nierówności i śmieci – wiem, że to dopiero początek atrakcji, bo jak wejdziemy w uliczki starego miasta… Przedzieramy się pomagając sobie nawzajem. W końcu wchodzimy w mega wąskie uliczki starego miasta, 3 razy węższe niż w Barcelonie. Rzeka ludzi, na nierównych chodnikach i schodach totalny syf: ekskrementy, resztki jedzenia, śmieci. Eleganckie walizy toną w materii organicznej, pozostawiając ślady w krowich plackach. Narasta frustracja wśród nieszczęsnych użytkowników walizek. Padają gorzkie słowa, nie wiemy czy płakać, czy śmiać się- widok jest z jednej strony komiczny, z drugiej rekomendowanie walizek to nasza wtopa. Ustalamy z Justą i Krzysiem, że już nigdy więcej. Zakwaterowanie, dwa pokoje są do wymiany – zacieki na ścianach, reszta ok. Jesteśmy nad samym Gangesem z restauracji zapierający dech w piersiach widok. Przepyszny posiłek, czaj się, deser. Wieczorny spacer po ghatah. Rano sesja jogi z widokiem na Ganges, śniadanie i wycieczka do Saranath- parku jeleni. Miejsca gdzie Siddhartha Gautama zanim doświadczył pełnego wyzwolenia, stanu nibbany – praktykował różne ekstremalne techniki opanowania umysłu i porzucił je jako nieskuteczne i błędne. Mimo krytyki ze strony towarzyszy ascetów i zarzutów, że uległ Gautama porzuca życie ascety i postanawia samodzielnie odkryć przyczynę cierpienia podążając drogą środka. Udaje się w okolicę dzisiejszej miejscowości Bodhgaya, przyjmuje pierwszy posiłek i postanawia z silną determinacją aditthana, że siada i nie zmieni pozycji, dopóki nie odkryje przyczyn cierpienia i sposobu wyzwolenia się z koła narodzin i śmierci. Po odkryciu, przy pomocy techniki samoobserwacji i wglądu (Vipassana – widzenie rzeczy takimi, jakimi są naprawdę) przyczyn cierpienia i sposobu wyzwolenia się - powrócił do Parku Jeleni i przedstawił swoje odkrycie starym znajomym – ascetom. Kilku spośród nich było tak zaawansowanych w poszukiwaniu prawdy, że wystarczyły jedynie słowa Buddy aby doznali całkowitego wyzwolenia i stali się arhant – w pełni wyzwolonymi osobami. Do końca swoich dni wraz z Buddą służyli oni innym ludziom nauczając Dhammy: 8 stopniowej szlachetnej ścieżki wiodącej do pełnego wyzwolenia, podzielonej na 3 części: sila – moralność; samadhi- koncentracja umysłu na bazie obserwacji naturalnego przepływu oddechu , panna – mądrość, wgląd, oczyszczanie umysłu przy pomocy techniki medytacji Vipassana. W parku jeleni znajduje się stupa Asioki – jedna z niewielu ocalałych. Ten bezwzględny władca, pod rządami którego powstało imperium rozciągające się na blisko cały subkontynent indyjski z racji brutalnych rządów zyskał przydomek ćanda Asoka – Asoka okrutny. Było to ponad 200 lat po śmierci Buddy, w wyniku dobrych zasług z przeszłości trafił na arhanta w pełni wyzwoloną osobę, opuścił stolicę, udał się na odosobnienie - przez 300 dni uczył się medytacji Vipassana. Po powrocie zmienił się nie do poznania. Zyskał przydomek Dhamma Asoka ( Asioka żyjący w zgodzie z prawem natury) i pod jego rządami Indie przeżyły najlepszy okres swej historii. Był to czas renesansu nauki Buddy, renesansu praktycznego stosowania nauki przez niemal całą populację współczesnych Indii. Asoka ustanowił prawa w oparciu o naukę Buddy, kierował swoim imperium stosując praktyczne wskazówki, których Budda przeszło 200 lat wstecz udzielał władcom- jak obronić państwo przed najeźdźcami z zewnątrz, jak administrować i tworzyć zdrowe, silne społeczeństwo. Asoka zabronił składania ofiar ze zwierząt, finansował zakładanie ośrodków medytacyjnych dla osób świeckich, zwołał kongregację mnichów, aby potwierdzić prawdziwy, źródłowy przekaz nauk Buddy. Podbijanie militarne sąsiadów zamienił na pokojowe rozprzestrzenianie nauki Buddy. Wysyłał arhantów – w pełni wyzwolone osoby, aby nauczały do wszystkich krajów Azji, a także do Europy. Cisza i spokój parku jeleni, czola Batura ( cieciorka z plackami) na obiad i tuk-tukowy rajd a’la formula 1 z powrotem do hotelu. Wieczorem Ganga Arati –barwne hinduistyczne ceremonie oddawania czci świętej rzece. Nie pojmuję tych hinduistycznych celebracji, kakofonia dźwięków: dzwonów, muzyki, śpiewów. Hałas i zamieszanie – wymiękam przed czasem, wymykam się do hotelu. Grupa wraca. Kolacja Andrzejkowa ( jest w grupie jeden Andrzej;-) , wizyta lokalnego lekarza – jeden z joginów zatruł się czymś i zasłabł. Zapada wieczór. Jakiś nadgorliwy wyznawca Sziwy (?) wali w bęben do godziny 2 w nocy – nie wiadomo czy śmiać się czy płakać, wybieramy pierwszą opcję - obstawiamy z Krzyśkiem czy podjął wyzwanie walić tak przez całą noc dla dobra wszelkich istot, a w szczególności sąsiadów. W końcu cisza. Rano o 6.00 płyniemy obejrzeć rytualne, poranne ablucje w świętej rzece. Mamy wynajętą łódź –płyniemy ok. 4 km wzdłuż kamiennych ghat – schodów schodzących do Gangesu. Ludzie kąpią się masowo, piją wodę z rzeki, myją zęby, namydleni od stóp do głów nurkują, zaraz obok wpływają ścieki z okolicznych rynsztoków. Przy Ghacie gdzie pali się zmarłych na łódkę ładowane jest ciało zawinięte w całun - to zwłoki przygotowane do zatopienia w świętej rzece. Niektórych zmarłych w myśl hinduskiej religii nie wolno palić. Jeśli umrze: ksiądz, pustelnik, dziecko do 12 roku życia, kobieta w ciąży, trędowaty bądź osoba ugryziona przez kobrę - takie ciało obciążone kamieniem wrzuca się wprost do rzeki. Dopływamy do ujęcia wody dla miasta Benares Assi Ghat - kilkaset metrów w górę rzeki za ghatami gdzie pali się zmarłych. Wracamy nieco za Ghatem ze stosami miejsce gdzie pierze się wszystko i …suszy na kamiennych schodach „laundry service” ;-) Życie toczy się swoim torem, jak to wytłumaczyć? Wracamy – poranna sesja jogi o 9.00, śniadanie, rozliczenie z hotelem. Wyruszamy na stare miasto. Ostanie godziny w Varanasi – najdłużej stale zamieszkanym miejscu na świecie –od blisko 5000 lat. Po obiedzie autorikszami na stację, znowu wyścig przez zakorkowane, duszące miasto. Brud, nędza, rozkład, wiecznie żujący betel ( speedujące orzechy z tytoniem) mężczyźni, bełkoczący coś niewyraźnie, bo wpakowany pod podniebieniem pakunek narkotycznego nektaru nie pozwala im mówić. Strzykający dookoła czerwoną mazią spomiędzy równie czerwonych zębów i wodzący dziko - nieprzytomnym wzrokiem. I piękne kobiety, w nienagannie utrzymanych, kolorowych bajecznie sari jak egzotyczne kwiaty w tym szambie. Śliczne dzieci w zdezelowanych szkolnych mundurkach, policjanci w brytyjskich wełnianych battledressach pamiętających II wojnę światową z jeszcze starszymi karabinami. Krowy ze stoickim spokojem przesuwające się w kawalkadzie różnorakich pojazdów, czasem jakiś znarowiony byk próbujący rozpędzić się bezskutecznie w tym przemieszczającym się żyjącym gąszczu. Pierwszy raz w życiu pojawia się zdradziecka myśl: Po co ? Dlaczego? Po co ja tu jestem? Reflektuję się szybko – przyjechałem pokazać to szalone miasto podróżnikom, poszukiwaczom, ludziom szukającym prawdy. A to miasto to prawda, prawda o pełnym cierpienia życiu, niezależnie od blichtru, błyskotek, rytuałów. Przypominam sobie swój pierwszy raz, jak przyciągnęła mnie tu jakaś niewidzialna siła i jak zaraz po tym poznałem coś, co kompletnie odmieniło moje życie. Może to taki przystanek. Docieramy na dworzec. Smród obsikanych trotuarów jest nie do opisania. Kupujemy owoce: gujawy i banany. Zauważyłem, że żywię się gujawami- te niedostępne u nas gorzkawe owoce o cudownie świeżym, intensywnym zapachu to błogosławieństwo w tym smrodzie. Pociąg piękny, czyściutki - opuszczamy szalone Benares. Do zobaczenia. czytaj dalej>>> Joga w Indiach z Akademia Asan. Wiktor Morgulec. Część III. Goa. |
(c) 2008-2012 Joga-joga. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jeden.pl
Jeden.pl





















